:: KSIĘGA GOŚCI :: 

2006
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec



Chiński Smok na dworze Jankesa.

Co tam Bush. Gdy głowa Chińskiego Smoka leci do Jaknesów to najpierw chce widzieć Billa Gatesa a później, jak starczy czasu, Wielkiego George’a. Zresztą z Pekinu bliżej do Seattle w stanie Waszyngton niż do Waszyngtonu, gdzie Biały Dom, Pentagon i cała reszta. Hu Jintao, chiński prezydent przyjął taktykę: najpierw dogranie interesów u Boeing’a i w Microsofcie a później trudy i nudy łagodzenia mało delikatnej kwestii deficytu handlowego między dwoma kolosami. Jakoś się to Bushowi uzasadni. Zresztą, jak "windy" i inne "ofisy" masowo popłyną w kontenerach do Państwa Środka, to sprawa w sporej części sama się ułoży (teoretycznie rzecz biorąc). Eksport to eksport, a eksport do Chin to nie byle co, zatem Bill i jego kompania rwą się do niego. A Bush niech lepiej śledzi obrót i nie marudzi. Niech rzuci temat ropy oraz nuklearnych zabawek Iranu i Korei Północnej, będzie o czym gadać.

Tymczasem Panu Hu spodobało się w campusie Gatesa. Oczarowały go osiągnięcia szefa Microsoftu. Pewnie zmrużył swe zmrużone oczy i myślami przeskoczył na moment do Shenzhen, do jednej w manufaktur, gdzie jego młodzi rodacy, głodni yuanów i sukcesu zwijają się w ukropie na wzór i podobieństwo mikrosofciaków. "Pan, Billu Gates, jesteś przyjacielem Chin a ja jestem przyjacielem Microsoftu" - miał powiedzieć chiński wódz i dodać: "Każdego dnia używam Windowsa!". Podobno się ludzie uśmiali (wiadomo, każdy swoje wiedział). Bill też, chcąc być zabawny, szybko i wspaniałomyślnie zaofiarował Panu Hu pomoc, na wypadek gdyby tamten pogubił się w "windzie" (albo zobaczył za dużo "krytycznych wyjątków). Wzruszony Jintao zapewnił arcyinformatyka o postępującej aktywności Chin w tropieniu i zwalczaniu piractwa komputerowego: że tworzą i ulepszają nowe prawo chroniące własność intelektualną i takie tam. Wspomniał też, że jeden z byczych producentów wsadzi w swe pecety windowsy na sporą sumkę zielonych.

Gates dał wiarę intencjom i deklaracjom Chińczyka, i zabrał go na własne śmieci, gdzie już zupełnie na luzie zjedli po solidnym, krzemowym hamburgerze (zdjęcia pokazywały co innego). U Boeing’a też Hu Jintao wiele przypieczętował. Rozlatali się Chińczycy. Osiemdziesiąt nowiutkich maszyn B 737 trafi niebawem do hangarów chińskich przewoźników. Chodzą słuchy, że w ciągu dwudziestu lat zapotrzebowanie na pasażerskie odrzutowce wzrośnie u Azjatów do liczby 2 600 sztuk. Niezły odlot! I ślinotok top kierowników Boeing’a nie do zatrzymania, gdy ma się taką perspektywę. Oraz irytującą - bo dobrą - konkurencję Airbusa za plecami. A Bush powinien pojąć, że dzięki temu szeroka przerwa między importem a eksportem jego kraju (z Chinami) ma szansę mocno się skurczyć. Jasno widać, że Hu zatrzyma się u George'a z konkretami. Ale najpierw przyjemności, na przykład wizyta w klubie kung fu. Adziaaaa!!

Źródła:
www.bbc.co.uk
www.dominicantoday.com



hackney NEWS

2006-04-19 15:39:17
 skomentuj   (1)

Kofi.

Jaja wykończyły ludzi. W biurze pustki. I dobrze. Im mniej siarkowodoru w powietrzu tym lepiej. Kreci się tu kilku samców i może z jedna samica. Robią NIC. Porównują czas z komputera z czasem z własnych zegarków. Najgorsze godziny. Mózg zabity, mózg unicestwiony, mózg matoła. Od jedenastej do czternastej, może piętnastej. To nie reguła, ani wyjątek, zwyczajnie ma miejsce, zdarza się.

Sposób na ten koszmarny okres jest jeden. Trzeba w niego wjechać z konkretną robotą. Jak się nie uda, to opary bezczynności nieznośnie trują. I korpolurą bez mocy, smaku i charakteru się człowiek nie wykpi. Chyba zacznę moczyć we wrzątku liście koki albo rozgniatać i zlizywać z blatu sok z owoców guarany. Postanowienie: przynieś chłopie w końcu własne kawowe ziarna i zacznij używać ekspresu! Greg Cicleta mówi, że jego obsługa jest prosta, jak ruchanie. Zafundował mi kiedyś podwójne espresso. Wypiłem i znikłem, założyłem strój Spidermana i zacząłem robić coś.. w sieci. A Greg wali w ciągu dnia ze trzy takie szatańskie naparstki. Nakręcony mówi, wskazując na mnie palcem: "you eat what you kill!". Oj, kawa robi z niego prawdziwego mordercę rynku. "Kawa to trunek interesu" - tak przynajmniej mówi obrotny portugalski Żyd z powieści Handlarz kawą. Dobra książka, świetnie opisuje klimat operacji handlowych, jakie szły, jedna po drugiej na giełdzie w Amsterdamie w XVII, w okresie, gdy spekulacyjny cyrk dopiero się rozkręcał i doprowadził do takich gorączek, jak Mania Tulipanowa czy Kompania Wschodnio Indyjska. Zmęczył mnie trochę wątek miłosny, były lepszy, gdyby go nie było ale reszta trzyma poziom. Czuć, że autora fascynuje temat. I na ile mógł zapoznał się z epoką, w jakiej później ulokował akcję. Siedemnastowieczny Amsterdam robi wyobraźnię. Osobiście uwielbiam plastyczne i "gęste" opisy, takie pochodne Dostojewskiego czy Dickensa. Motywem przewodnim tej powieści jest jednak kawa i początki jej kariery w Europie...

"Gorący, ciemny, gęsty napój kołysał się w kubku i wyglądał zdecydowanie mało kusząco. Miguel Lienzo podniósł naczynie i podsunął sobie pod nos tak blisko, że niemal dotknął smolistej substancji. Przez chwilę trzymał rękę nieruchomo, wciągając zapach głęboko do płuc. Ostra woń ziemi i zbutwiałych liści zdumiała go i skojarzyła mu się z substancjami, które aptekarze przechowują w wyszczerbionych porcelanowych słojach. - Co to jest? (...)
To coś nadzwyczajnego - powiedziała, wskazując na jego kubek. - Wypij to. - Wypić? - Miguel niechętnie zajrzał w czarny płyn. - To wygląda jak szatańskie szczyny, co rzeczywiście byłoby nadzwyczajne, ale ja zupełnie nie czuję potrzeby poznawania ich smaku. Geertruid pochyliła się ku niemu, niemal dotykając jego ramienia.- Weź łyk, a potem ci wszystko powiem. Te szatańskie szczyny przyniosą nam obojgu fortunę..."


Idę do Grega. Może odpali kilka ziaren.



hackney NEWS

2006-04-18 14:39:20
 skomentuj   (0)

Zmiany będą.

Niebawem blog ten się zmieni. Szlag trafi starocie. Chyba dorosłem do blogowania ;) Stare zapiski pójdą pod klucz a może całość zniknie. Niewykluczone. Nadchodzi nowa era, nowa era, cuerva!! Od powrotu z Dominikany czuję, że stare pękło, nowe się wypełnia świeżym powietrzem. Jeśli czytaliście te nieregularne (bo netu w chacie nie miałem przez 2 lata) plasty tekstu to niezłe z Was ziomale. Macie nierówno pod sufitem. I pewnie dzięki temu przetrwacie. Muchas gracias. Jeszcze Was dopadnę!



hackney NEWS

2006-04-03 16:15:54
 skomentuj   (4)